- Polska służba zdrowia mierzy się z paradoksami: rekordowa liczba miejsc na studiach medycznych nie rozwiązuje problemu niedoboru lekarzy w niektórych kluczowych specjalizacjach.
- Ministerstwo Zdrowia, z jednej strony deklarując dążenie do centralizacji świadczeń, z drugiej podejmuje decyzje budzące wątpliwości co do spójności strategii.
- Skutki tych niekonsekwencji odczuwają pacjenci, czekający miesiącami na wizytę u specjalisty, a także młodzi ludzie, którzy pomimo znakomitych wyników nie dostają się na medycynę.
Studia medyczne: rekordowe limity kontra demograficzny problem
Pomimo znaczącego wzrostu liczby maturzystów w tym roku - aż o jedną czwartą, z 256 do 321 tysięcy - Ministerstwo Zdrowia zwiększyło limity przyjęć na państwowe kierunki lekarskie zaledwie o 2 procent. Rodzi to pytanie, czy system rezygnuje z dużej grupy dobrze przygotowanych kandydatów.
Dr Jerzy Gryglewicz, ekspert rynku ochrony zdrowia i wykładowca Uczelni Łazarskiego, zaznacza, że system kieruje się przede wszystkim własnymi potrzebami kadrowymi, które są precyzyjnie opisane w tak zwanych mapach potrzeb zdrowotnych. To dokumenty analizujące liczbę lekarzy, ich wiek, specjalizacje i prognozowane zapotrzebowanie. Według dr. Gryglewicza, ministerstwo nie ogranicza kształcenia lekarzy.
Wręcz przeciwnie, obecnie kształci się ich rekordowo dużo. Tegoroczne limity przekraczają 10 tysięcy miejsc na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym, co jest najwyższą liczbą w historii. To efekt decyzji podejmowanych przez ostatnie kilkanaście lat, kiedy to zwiększano limity na uczelniach medycznych i umożliwiano otwieranie kierunków lekarskich kolejnym szkołom wyższym.
Dziś takich uczelni jest już 39, podczas gdy kiedy ekspert studiował medycynę, było ich zaledwie 14.
Pechowy rocznik maturzystów: czy warto było wykorzystać potencjał?
Już za dwa lata liczba maturzystów gwałtownie spadnie - do około 271 tysięcy. Pojawia się zatem pytanie, czy nie byłoby rozsądniej wykorzystać potencjał wyjątkowo licznego tegorocznego rocznika, zamiast odrzucać kandydatów z bardzo wysokimi wynikami z biologii i chemii. Dr Gryglewicz nie podziela tego poglądu, wskazując, że osoby, które nie dostaną się na studia w tym roku, mogą próbować ponownie w kolejnych latach.
Wielu obecnych lekarzy dostawało się na medycynę dopiero za drugim, trzecim, a nawet czwartym razem. Nie ma tu ograniczeń wiekowych, a kandydaci zachowują swoje wyniki z egzaminów. Choć oznacza to roczne opóźnienie, z punktu widzenia całego systemu ochrony zdrowia nie ma ono większego znaczenia.
Ekspert przypomina również, że wykształcenie jednego lekarza kosztuje państwo około miliona złotych, co stanowi ogromne publiczne pieniądze.
Gdzie brakuje lekarzy, a gdzie ich przybywa?
Problem niedoboru lekarzy rzeczywiście istnieje, jednak, jak tłumaczy dr Gryglewicz, nie dotyczy on wszystkich specjalizacji. Sytuacja jest bardzo trudna w dziedzinach takich jak:
- interna,
- chirurgia,
- pediatria,
- pulmonologia.
W tych specjalizacjach ponad 30 procent lekarzy osiągnęło już wiek emerytalny, co stanowi realne zagrożenie dla ciągłości udzielania świadczeń.
Są jednak również specjalizacje, w których sytuacja wygląda znacznie lepiej. W kardiologii średni wiek lekarzy wynosi około 45 lat, specjalistów stale przybywa, a sama dziedzina cieszy się dużym zainteresowaniem młodych medyków.
Chory system szpitalny: Polska na tle Europy
Choć analizy dotyczące kadr medycznych są bardzo dokładne - wiemy, ilu lekarzy wykonuje zawód, ile mają lat, jakie posiadają specjalizacje i gdzie pracują - prawdziwy problem leży w organizacji systemu. Polska od lat przeznacza ponad połowę środków Narodowego Funduszu Zdrowia na leczenie szpitalne. W dobrze zorganizowanych systemach ochrony zdrowia udział ten wynosi około 30 procent.
Znaczną część świadczeń można przecież realizować ambulatoryjnie, czyli poza szpitalem, bez angażowania całej infrastruktury. Dlatego od wielu lat mówi się o "odwróceniu piramidy świadczeń", czyli przenoszeniu leczenia ze szpitali do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Jest to jednak postulat, który, mimo zapowiedzi kolejnych ministrów zdrowia, nie doczekał się realizacji.
Wieloletnie reformy na papierze. Dlaczego szpitale nadal są problemem?
Jedną z przyczyn braku postępów w reformie szpitalnictwa jest rozdrobniona własność placówek. Szpitale mają różnych właścicieli, co utrudnia centralne zarządzanie i wprowadzanie zmian. Najprostszym rozwiązaniem byłoby ograniczenie liczby właścicieli do administracji rządowej i samorządów wojewódzkich, ale żaden rząd nie zdołał przeprowadzić takiej reformy.
Już minister Zbigniew Religa wskazywał na szpitale wykonujące zbyt mało świadczeń, aby uzasadniać utrzymywanie pełnych dyżurów i całej infrastruktury. W wielu przypadkach racjonalniejsze byłoby przekształcenie ich w zakłady opiekuńczo-lecznicze.
Przykładem nieefektywności są oddziały położnicze, gdzie poród odbywa się raz na trzy dni, a mimo to przez cały ten czas trzeba utrzymywać w gotowości ginekologów, anestezjologów, położne i pielęgniarki anestezjologiczne. Takie wykorzystanie zasobów jest nieefektywne.
Lobby lekarskie: czy blokuje dostęp do zawodu?
Panuje dość powszechna opinia, że niewielkie zwiększenie limitów na studiach medycznych jest efektem skutecznego lobbingu samorządu lekarskiego, który miałby dążyć do utrzymania wysokich stawek i silnej pozycji negocjacyjnej poprzez ograniczanie liczby lekarzy. Dr Gryglewicz nie zgadza się z tym.
Owszem, samorząd lekarski przez lata sprzeciwiał się otwieraniu nowych wydziałów lekarskich, zwłaszcza na uczelniach, które wcześniej nie prowadziły kształcenia medycznego. Jednak ten opór okazał się nieskuteczny - dzisiaj mamy 39 uczelni z kierunkiem lekarskim, wiele z nich powstało mimo protestów. Trudno więc twierdzić, że samorząd skutecznie zablokował zwiększanie liczby lekarzy.
Ekspert dodaje, że efekty decyzji podjętych kilkanaście lat temu dopiero zaczynają być widoczne, a za kilka lat na rynek pracy wejdą bardzo liczne roczniki absolwentów, co powinno zmniejszyć lukę pokoleniową.
Dramat pacjentów: kolejki nie do zaakceptowania
Mimo zapowiedzi poprawy, pacjenci od lat słyszą tę samą obietnicę: "jeszcze trochę, jeszcze kilka lat". Tymczasem dzisiaj z adnotacją "cito" miesiącami czekają na specjalistę.
Dr Gryglewicz podkreśla, że jest to największa słabość polskiego systemu:
- kolejki przekraczające trzy miesiące są nie do zaakceptowania nie tylko społecznie, ale przede wszystkim medycznie.
- pacjent, który tak długo czeka na konsultację, może w tym czasie trafić do lekarza z dużo bardziej zaawansowaną chorobą.
- zaawansowana choroba oznacza gorsze rokowanie dla pacjenta, ale również znacznie wyższe koszty dla państwa.
Pechowy rocznik maturzystów: system ponad jednostką
Z punktu widzenia młodych ludzi, którzy w tym roku szturmują uczelnie medyczne, sytuacja może być odbierana jako niesprawiedliwa. To pokolenie, które przez całą edukację było ofiarą decyzji państwa - najpierw podwójny rocznik, potem przepełnione szkoły, a teraz słyszą: "spróbujcie za rok". Dr Gryglewicz rozumie ten argument, jednak zaznacza, że system ochrony zdrowia nie może planować liczby studentów wyłącznie pod jeden wyjątkowy rocznik.
Studia medyczne są niezwykle kosztowne i wymagają ogromnego zaplecza organizacyjnego, obejmującego kadrę akademicką, bazę kliniczną i możliwość prowadzenia zajęć z pacjentami. Tworzenie jednorazowo kilku tysięcy dodatkowych miejsc tylko dlatego, że jeden rocznik jest liczniejszy, byłoby rozwiązaniem bardzo kosztownym i, zdaniem eksperta, nieracjonalnym.
Indywidualnie rzecz biorąc, ci młodzi ludzie mieli pecha, ale z perspektywy całego systemu nie można budować wieloletniej polityki kadrowej pod wpływem jednorazowego skoku demograficznego.
Centralizacja w teorii, a w praktyce? Sprawa transplantacji serca
Teoretycznie wszystkie decyzje w ochronie zdrowia powinny wynikać z map potrzeb zdrowotnych. Polska rzeczywiście wykonuje zbyt mało przeszczepień, nie tylko serca, ale również nerek, i jest tu wiele do nadrobienia. Jednak Ministerstwo Zdrowia podjęło decyzję o utworzeniu trzeciego ośrodka transplantacji serca w Warszawie, co wywołało protesty i rezygnację konsultanta krajowego kardiochirurgii.
Jak podkreśla dr Jerzy Gryglewicz, samo utworzenie kolejnego ośrodka nie oznacza automatycznego wzrostu liczby przeszczepów, ponieważ problemem nie jest liczba szpitali, ale dostępność narządów. Co więcej, ta decyzja stoi w sprzeczności z kierunkiem reform, które samo Ministerstwo Zdrowia od lat zapowiada. Jednym z podstawowych założeń reformy szpitalnictwa jest centralizacja wysoko specjalistycznych świadczeń.
Chodzi o to, żeby najbardziej skomplikowane procedury wykonywała stosunkowo niewielka liczba ośrodków, ale za to bardzo często. Większe doświadczenie zespołu i większa liczba wykonywanych procedur przekładają się na lepsze wyniki leczenia. Dlatego tworzenie kolejnych ośrodków nie wpisuje się w filozofię centralizacji świadczeń.
Gdy polityka wkracza w medycynę: sprzeczności w działaniach Ministerstwa Zdrowia
Ekspert PAP zauważa, że ministerstwo jedną ręką podpisuje dokumenty o centralizacji, a drugą robi dokładnie odwrotnie. Dr Gryglewicz wskazuje, że centralizacja wysoko specjalistycznych świadczeń jest jednym z podstawowych elementów reform zapisanych zarówno w Krajowym Planie Odbudowy (KPO), jak i w dokumentach strategicznych Ministerstwa Zdrowia.
Polska otrzymała środki z KPO, zobowiązując się jednocześnie do realizacji konkretnych kamieni milowych, a jednym z nich jest właśnie koncentracja świadczeń w ośrodkach wykonujących odpowiednio dużą liczbę procedur. Mimo że w tym konkretnym przypadku trudno nie dostrzec pewnej niespójności, dr Gryglewicz zaznacza, że równocześnie przygotowywane są rozwiązania idące w kierunku centralizacji.
Kilka dni temu przedstawiono propozycję głębokiej koncentracji świadczeń w reumatologii, podobne zmiany planowane są również w nefrologii. Pokazuje to, że zasadniczy kierunek reform pozostaje ten sam, choć widać, że jedne specjalizacje są centralizowane, a dla innych robi się wyjątek.
Rezygnacja profesora Mariusza Kuśmierczyka z funkcji konsultanta krajowego kardiochirurgii, który nie chciał firmować decyzji dotyczącej ośrodków transplantacji serca swoim nazwiskiem, sugeruje, że w procesie decyzyjnym czasami pojawiają się również czynniki pozamerytoryczne. Ekspert nie chce oceniać motywów, ale przyznaje, że polityka również jest obecna w ochronie zdrowia.
Z punktu widzenia organizacji systemu najważniejsze jest jednak, aby decyzje były konsekwentne i wynikały z analiz potrzeb zdrowotnych.